Supełek czuł, że dzieje się z nim coś dziwnego. To „dziwne” było raczej przyjemne, ale nigdy
wcześniej tego nie czuł. Nie znajdował się teraz w przedszkolu, był w zupełnie innym miejscu. W
filharmonii. Powtarzał sobie to słowo kilka razy, żeby zapamiętać. Filharmonia. Brzmiało tajemniczo.
Kiedy Pani wczoraj zapowiedziała, że wybiorą się właśnie tam, Supełek nie wiedział, co to dokładnie
znaczy i czego ma się spodziewać. Zapytał Blue, a ona powiedziała, że w filharmonii robi się muzykę.
Supełek pomyślał, że albo Blue żartuje sobie z niego, albo sama też dokładnie nie wie. Wiadomo
przecież, że muzyki nie można zrobić. Można zrobić kanapki albo fikołka, ale nie muzykę. Ponieważ
muzyka... Trzeba przyznać, że Supełek nie miał pojęcia, skąd się bierze muzyka, był jednak pewien, że
tak po prostu zrobić jej się nie da.

Kiedy więc po śniadaniu Pani zabrała dzieci i wszyscy udali się do wielkiego budynku
filharmonii, Supełek naprawdę nie wiedział, co się może wydarzyć. A teraz siedział, słuchał i właśnie
czuł, że dzieje się z nim coś dziwnego. Rozejrzał się nieśmiało wokół. Marta, Staś i Marysia siedzieli w
rzędzie za nim. Obok Blue, która sobie dyskretnie ziewnęła, a po jego lewej stronie Pak i Pani.
Wszyscy patrzyli na scenę, ale wyglądali dość zwyczajnie. Chyba nie czuli tego dziwnego, które
ogarnęło Supełka.

Na scenie znajdowało się kilka osób. Przy wielkim czarnym fortepianie siedziała kobieta, na
krzesełkach panowie ze skrzypcami, a za nimi inni, którzy też mieli skrzypce, tylko gigantyczne. Były
tak duże, że widocznie nie mogli ich utrzymać, więc przytrzymywali je kolanami, żeby się nie
przewróciły. I były tam jeszcze inne panie i panowie z instrumentami, których Supełek nie znał. Ale
najważniejszy wydawał się mężczyzna, który stał przed tymi ludźmi. Supełek nie widział jego twarzy,
bo był odwrócony plecami. Miał w dłoni śmieszny patyczek. Pani powiedziała dzieciom, że to
dyrygent, ale Supełek dobrze wiedział, że to nie mogła być prawda. To był czarodziej, który
wymachiwał czarodziejską różdżką i robił nią muzykę. Bo okazało się, że Blue miała rację. Ten
czarodziej robił muzykę. Kiedy wskazywał na kogoś różdżką, to ten ktoś zaczynał grać szybciej lub
wolniej, jakby z tej różdżki czary płynęły do ramion, do ust lub do palców wpatrzonych w czarodzieja
ludzi.

Supełek jeszcze raz zerknął na inne dzieci. Blue znów ziewnęła. Wszyscy patrzyli na scenę, ale
Supełek czuł się tak, jakby był sam w tej koncertowej sali. Już wiedział, że został zaczarowany. Nie
było innego wytłumaczenia. Przymknął oczy. Czasem wydawało mu się, że jest w jakimś miłym
bezpiecznym miejscu, pod kocem i z kubkiem kakao, a czasem, że przedziera się przez burze lub
ucieka przed złoczyńcami. Ale nawet, kiedy był w niebezpieczeństwie, było mu bardzo przyjemnie.

Muzyka powoli cichła. Supełek czuł się tak, jakby w środku brzucha zakwitły mu kwiaty, a
przez głowę przelewały się morskie fale. Był w jakimś innym świecie.

Pan czarodziej opuścił swoją różdżkę i wszystko ucichło. Morze uspokajało się powoli w
głowie Supełka, a kwiaty z jego brzucha zamykały swoje płatki.

Nareszcie westchnęła z ulgą Blue. Jeszcze klaszczemy i koniec. Tylko nie za mocno, żeby
nie było bisów, bo się zanudzę dokończyła.

Supełek jednak mocno bił w łapki. Muzycy się kłaniali. Panowie opierali się o te wielkie
skrzypce. Czarodziej odwrócił się twarzą do dzieci. Uśmiechał się.

Udaje, że jest zwykłym panem pomyślał Supełek. Nie chce, żeby wszyscy wiedzieli.

Podobał ci się koncert Supełku? zapytała Pani.

Supełek kiwnął głową, ale przecież wiedział, że to nie był koncert, tylko czary. Ale skoro Pani
nie wie o tym, to Supełek nie zdradzi sekretu. Nie może wydać czarodzieja.